My już dawno przestaliśmy projektować HMI „dla inżynierów”. Zaczęliśmy projektować je dla ludzi, którzy w środku nocy, przy niedoborze załogi i padającej innej maszynie, muszą po prostu ruszyć proces – i nie mają czasu na czytanie instrukcji.
Pierwszy raz zobaczyliśmy to na układzie adsorpcji. Uruchamialiśmy nowy system sterowania. Operator, który wcześniej pracował tylko z innymi maszynami tego typu, usiadł przy panelu. Piętnaście minut zajęło wytłumaczenie logiki, ekranów i filozofii działania, gdy stwierdził: „Wystarczy. Poradzę sobie”. I poradził sobie. Bez nerwów.
Innym razem, przy niepełnej obsadzie, jedna z ultrafiltracji padła, w nocy, na amen. Inna – z naszym systemem – musiała ruszyć natychmiast. Nie było nikogo, kto znałby nowy panel. Kierownik zmiany nie zadzwonił. Sam poszedł, przejrzał ekrany, odpalił i poprowadził cały proces. „Nie chciałem Cię budzić” – później usłyszałem. „To było intuicyjne”.
Trzecia sytuacja dotyczyła gotowej, ale jeszcze nie przetestowanej na produkcie ultrafiltracji. Uruchomienie było planowane za kilka dni. Tyle że produkcja nie czekała – potrzebowała tej maszyny natychmiast. Operatorzy po prostu ją włączyli. Bez mojego nadzoru. Bez próbnego rozruchu. Bez dramatu.
Właśnie o to nam chodziło – że rozwiązanie przestaje być „nowym sterowaniem”, a staje się naturalnym przedłużeniem ręki operatora. Gdy ergonomia i logika procesu są tak dopracowane, że nie musisz być specjalistą, żeby czuć się jak specjalista.
